Archiwum Marzec, 2010
Fenomen rockowego zespołu Queen
QUEEN kojarzone jest nierozłącznie z postacią założyciela i frontmana grupy, wielkiej osobowości muzycznej Freddiego Mercury. Muzykę tej kapeli trudno sklasyfikować do jednego gatunku, ponieważ twórca piosenek Freddie Mercury nigdy nie dał się zaszufladkować i pomimo, że uważał swój zespół za rockowy, nigdy nie przestał wykorzystywać muzyki z innych gatunków, w tym klasycznej, a nawet operowej.
Robił to od samego początku, przykładowo w utworze „Bohemian Rhapsody” pochodzącym z pierwszej płyty zespołu. Sukces tej piosenki był czymś, czego nie spodziewali się żadni krytycy muzyczni. Był to utwór całkowicie odbiegający od trendów w muzyce w tamtym okresie. Przede wszystkim trwał prawie sześć minut. To długość, która przekracza możliwości każdej szanującej się stacji radiowej.
Poza tym nie jest to miła piosenka do słuchania ot tak, jest to bowiem utwór dający początek tak zwanej rock operze, innymi słowy łączący muzykę rockową z zaczerpniętymi z opery brzmieniami. Utwór ten był promowany również w telewizji, nakręcono do niego teledysk w roku 1975, kiedy to teledyski nie były niczym popularnym. Od czasu powstania tego video klipu datuje się historię teledysków. Warto wspomnieć, że ten szalony pomysł muzyczny, zawierający nie tylko tak różne style muzyczne, ale i różnorodne przesłanie tekstowe (od ambitnych tekstów charakterystycznych dla opery, rozważaniach o sensie życia, po banalne stwierdzenia nadające się raczej do piosenek popowych), był dziełem Freddiego od początku aż do samego końca.
Jest to jeszcze jeden dowód na odwagę, nowatorskie podejście twórcy. Utwory w podobnej niepowtarzalnej stylistyce, Freddie tworzył do końca, aż do swej śmierci w 1991 roku. Dowodem tego niech będzie unikalne „Innuendo” znajdujące się na płycie „Made in heaven”. Freddie Mercury zmarł w skutek zakażenia wirusem HIV. Spadek po nim i część honorariów ze sprzedaży płyt jest przeznaczana na walkę z wirusem między innymi przez zwiększenie świadomości możliwości zakażenia.
Klasyka polskiej muzyki – zespół Breakout
Kto z nas nie zna piosenek tego zespołu. W pamięci młodego pokolenia utrwalony dzięki reklamom, na przykład utwór „Kiedy byłem małym chłopcem”, o mądrym, gorzkim tekście, przez wiele lat kojarzony był z reklamą maszynek do golenia dla mężczyzn.
Zespół ten powstał już czterdzieści lat temu. W pracach zespołu nad pierwszą płytą uczestniczył Włodzimierz Nahorny. To z tej płyty pochodzą hity „Gdybyś kochał, hej” oraz dający tytuł całemu albumowi „Na drugim brzegu tęczy”, wspaniała ballada o bardzo nowatorskim tekście. Był to zespół czasowo wyklęty przez władze Polski Ludowej, w latach siedemdziesiątych obowiązywał zakaz grania ich utworów w radiu. Powodem były oczywiście długie włosy (modne w ówczesnych hippisowskich czasach) oraz domniemana pro-zachodniość tego zespołu. Przez lata zmieniali się muzycy, ale pozostanie z nami wspaniała muzyka zespołu. Liderem zespołu jednak, aż do swej śmierci w 2007 roku był Tadeusz Nalepa. To on wielokrotnie reaktywował zespół. Po jego śmierci zaczęto organizować festiwale (zwane Breakout Festiwalami) ku czci założyciela właśnie Nalepy, jak i wieloletniej wokalistki i towarzyszki życia Nalepy, jego pierwszej żony – Miry Kubasińskiej. Mira Kubasińska zmarła w 2005 roku. Breakout to zespół, który miał wiele wspaniałych, do dziś śpiewanych i słuchanych nie tylko przez fanów zespołu, ale należących do klasyki polskiej muzyki. Niewątpliwie do takich utworów należy wspaniała „Modlitwa” o głębokim i mądrym tekście, klasyczna rozmowa podmiotu lirycznego z Bogiem – Panem. Jest to też niewątpliwie jedna z najsmutniejszych i najprawdziwszych piosenek o życiu, dojrzałości i przemijającej miłości.
Pomimo tego, że zespół nie istnieje już formalnie od trzydziestu lat, był wielokrotnie reaktywowany przez jego członków przy okazji różnych koncertów, festiwali, a sam skład ulegał nieznacznym zmianom. Breakout cieszył się zawsze niesamowitą miłością fanów, chociaż jego piosenki są trudne, nie nadają się do słuchania „w tle”, jak dzisiejsze nieskomplikowane utwory popowe, puszczane w radiu.
Niech żyje rock and roll!
Każdy z nas od czasu do czasu słucha muzyki rockowej. Jednak nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że wywodzi się ona z rock and rolla oraz ma swoje korzenie również w muzyce bluesowej. Częściowo jest to muzyka wywodząca się z jazzu (to w tym gatunku ma swoje źródło improwizacja, tak częsta w utworach rockowych, a zwłaszcza na koncertach. Cechą charakterystyczną jest również występowanie gitar.
Ten instrument w różnych odmianach (gitara akustyczna, gitara elektryczna) to podwalina rockowego grania i każdy kawałek z tego typu muzyki ma w sobie gitarowe brzmienia. Jeśli go nie ma, jest to tylko ekstrawaganckie odejście od zasady używania gitar, na przykład gdy jakiś utwór wykonywany jest a capella, albo tylko na jednym instrumencie. Co cechuje muzykę rockową, w odróżnieniu od poważnej, to duża rola zespołu. Tradycją jest, że utwory pisze się zespołowo (zwykle ktoś pisze teksty, ktoś inny muzykę, ale ogólnie utwór powstaje w ramach zespołu). Co ważne, trudno powtórzyć wykonanie utworu przez inny zespół, mimo posiadania nut i nagrań pierwowzoru. Co innego w muzyce klasycznej, tutaj wykonań może być wiele, i wszystkie takie same, równie piękne i wartościowe. W muzyce rockowej najważniejsze jest wykonanie autorskie, właściwie nie do podrobienie. I nawet gdyby ktoś grał, śpiewał lepiej, nic nie zastąpi wykonania przez autorów.
Dowodzą tego rzesze fanów, jakich mają zespoły rockowe na całym świecie. Dla nich lepsze będzie lekko zafałszowane wykonanie oryginalne, czyli przez autorski, uwielbiany zespół rockowy, niż przez kopiujących oryginał, nawet jeśli mają formalne wykształcenie muzyczne. Taka już jest specyfika tej muzyki i trzeba się z tym pogodzić. Dla polskich rockmanów najważniejszą postacią jest Franciszek Walicki, zwany ojcem polskiej muzyki rockowej. To dzięki niemu do dziś możemy słuchać nagrań takich zespołów jak Niebiesko-Czarni, SBB, Czerwono-Czarni czy klasyczny zespół bluesowy Beakout. Jego postać na stałe wpisała się do historii polskiej muzyki rozrywkowej.